Popularna 26, Warszaw Włochy
ul. Jana Kazimierza 35/UH01, Warszawa Wola Najlepsze rzeczy są robione z pasją. Ręcznie i z pasją. No i powinny mieć historię. Nasza zaczęła się w 1947 roku. Za oknem wczesna wiosna, w Polsce komunizm, a w polityce Zimna Wojna. Dlatego pradziadek Antoni postanowił, że tak nie może być. Kupił swojej córce Stefanii sklepik, w którym robiło się lody. Białe, śmietankowe –
prawie kapitalistyczne. Ale czasem np. na 3 maja dodawało się sos malinowy. I wtedy cała okolica stała w kolejce. Żeby taką kolejkę obsłużyć, trzeba było najpierw zimą ogromne bloki lodu wyciąć z zamarzniętego stawu i ułożyć w piramidę przysypaną trocinami. I zimno z takiego lodowego kurhanu wiało aż do końca lata, żebyśmy mogli kręcić lody. W takiej dużej miedzianej bańce. Kręcenie lodów nie jest łatwe i wymaga pewnej ręki. Dlatego zajmował się nim od 1953 roku dziadek Karol, mąż babci Stefanii. Rękę miał bardzo pewną, a do tego niezłe oko. To wszystko zresztą wcześniej przydało mu się w konspiracji, kiedy nawet nie przypuszczał, że będzie musiał kręcić latami. I że z tego kręcenia wyjdą śmietankowe pyszności. Rzeczywistość za oknem nadal była szara, ale my mieliśmy na to własny sposób. Każdemu kupującemu dawaliśmy wybór nowych kolorowych smaków, w wafelkowych muszelkach. Wszystkie cieszyły oczy i były pyszne. Wtedy cała okolica miała nas na językach. Po jakimś czasie niestety zabrakło pewnej ręki dziadka. Babcia Stefcia po długim namyśle wybrała to, co było wtedy najlepsze w latach sześćdziesiątych. Włoski design. I tak z ziemi włoskiej do Włoch trafiła maszyna. Ale lody nadal były robione ręczne wg receptury, której nawet MO nie mogło poznać. Mogli najwyżej polizać i to nie przez szybę. Babcia Stefania była mistrzynią w robieniu lodów, ale przepisy wymagały, żeby to udowodniła. Dlatego pokazała, co potrafi i dostała dyplom, w tym samym 66 roku, w którym Anglicy dostali puchar za kręcenie zupełnie inną bańką. Czas topniał powoli, jak to w lodziarni. Urodziło się nowe pokolenie, nowe smaki, nowe pomysły. Przyszła zima 1981 roku i nikt nie kupował lodów. Babcia Stefania uznała, że coś z tym trzeba zrobić. Dlatego kontynuując tradycję rodzinną, już w 1983 roku zamówiła u znajomych w Stoczni Gdańskiej nowe wyposażenie. Dwie kulki w rożku można było teraz zamówić podnosząc do góry dwa palce prawej ręki. Dziwnym trafem nawet jak ktoś zamawiał jedną, to też podnosił dwa palce. No ale nasz klient nasz pan. A potem, zanim ktokolwiek się obejrzał przyszedł XXI wiek i lody śmietankowe są nadal tradycyjnie w opozycji do wszystkich innych smaków. I wszystko, co możliwe przy robieniu lodów robimy sami i to do tego ręcznie. Oczywiście, że mamy maszyny, lecz to zupełnie nic nie zmienia. Bo albo ktoś umie kręcić lody albo nie. Kwestia talentu i smaku... i przepisu. Ale to już zupełnie inna historia...