03/11/2019
Chodziło za mną to Tiramisu i się w końcu doczekało zrobienia. Najpierw w czwartek testowanie smaku w Stary Dom - smak pozostawiał wiele do życzenia jak na cenę za mały kawałeczek - za dużo kawy, za gorzkie, no takie no nie.
Podbudowana myślą ile może kawałek dobrego tiramisu kosztować wróciłam do odtwarzania przepisu z przed lat, który wycięłam z Polityki którą mama przyniosła z pracy i praktykowałam na każde święta aż przepis zaginął w czeluściach papierowych domu.
Pamiętałam że było 10 jajek, pamiętałam że był kg mascarpone, kakao, biszkopty i proporcje cukrowe zostały zapomniane :(
No cóż - raz kozie śmierć - dajemy cukier puder na oko (niecałe dwie szklanki ostatecznie wylądowały) - ubijamy z żółtkami na jasny kogel-mogel.
W tym czasie parzymy mocną czarną kawę, którą studzimy i dodajemy do niej likier Amaretto :)
Do żółtek dodajemy mascarpone - delikatnie mieszamy.
I teraz pytanie - co z tymi białkami? jedni ubijaj i dają wszystkie, inni tylko część, inni wgl? Jak przez mgłę zaświtało mi - ubijałaś te białka ale nie wszystkie. No to ubijam, dodaje, delikatnie mieszam rózgą.
Pierwsza warstwa biszkoptów szybko maczanych w wystudzonej kawie. Warstwa kremu. Posypuje kakao.
Powtarzam - biszkopty namoczone, krem.
Kakao - dwie szkoły jedni od razu posypują wierzch, inni przed podaniem :)
Wyszło perfekcyjnie, tak jak pamiętam, nie za słodkie, lekkie, puszyste, delikatnie zachowujące formę, ale nie stałe. No po prostu boskie!
Polecam :)